bali wyspa bogow

3 09 2010

Bali: wyspa bóstw, demonów i małp

Ciepłe morze, rafy koralowe, wulkany i tarasy ryżowe, do tego fascynujące obyczaje i ceremonie religijne. Zielona wyspa jest synonimem tropikalnego raju.

Nocną ciszę przerywa dobiegający z oddali dostojny i monotonny dźwięk gamelanu. Pod podłogą pokoju hotelowego coś piszczy – pewnie mysz, a może szczur? Na zewnątrz szczekają gekony. Za drzwiami słyszę delikatny szelest. Wyglądam przez okno i widzę cień odchodzącej gospodyni, która pod drzwiami mojego pokoju zostawiła ofiarę dla duchów: kilka ziarenek ryżu i kwiatki położone na liściu bananowca. Przed zaśnięciem zdążę jeszcze pomyśleć, że myszy spod podłogi będą miały kolację… Jestem w Ubud, kulturalnej stolicy Bali.

Ubud to miasto galerii, tysięcy sklepów, tańca, muzyki, religii, pięknego rękodzieła i wielkiego kiczu. Położone wśród tarasów ryżowych, otoczone brudnymi przedmieściami z setkami sklepów i hurtowni z wyrobami drewnianymi, garncarskimi i tkaninami, położone na skrzyżowaniu ruchliwych, zatłoczonych i głośnych dróg, pozwala odkryć swój urok dopiero po bliższym poznaniu.

Do Ubud docieram późnym wieczorem po dziesięciogodzinnej podróży i po pokonaniu 120 km. Opuszczam zdezelowanego busika i skręcam w pierwszą nastrojową uliczkę z nadzieją znalezienia noclegu. Intuicja mnie nie myli. Chwilę później zaczepia mnie długowłosy chłopak, za którym wchodzę po schodkach do ozdobnej bramy, za którą przez nieoświetlone podwórko pełne rzeźb, murków zagradzających drogę i koszyczków z ofiarami dla bogów dochodzę do wyplatanego bungalowu z tarasem. To jest mój pokój przez najbliższe dni – podobny do wszystkich hotelowych pokoi na Bali.

W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i domagają się bananów

Obudzona bladym świtem przez koguty – drób często hodowany jest tutaj na miejskich podwórkach – wychodzę na ulicę i dostaję się od razu w centrum handlowego życia. – Wejdź chociaż na chwilę, tylko obejrzyj – zachęcają sprzedawcy. – Masaż, tanio – kuszą salony odnowy biologicznej. – Taxi, transport, motor? – zagadują panowie siedzący przy samochodach. Zakupy i masaż zostawiam na później. Korzystając z przyjemnego chłodu poranka zwiedzam miasto.

Małpi gaj (Monkey Forest) to najpopularniejszy cel turystów, szczególnie tych z małymi dziećmi. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i skutecznie domagają się bananów. Niektóre osobniki są tak bezczelne, że wyrywają jedzenie z rąk spacerowiczów i tak cwane, że trzymając w lewej ręce jednego banana, prawą wyciągają po następnego. Tablice zalecające ostrożność w kontaktach z małpami nie są ulubioną lekturą osób odwiedzających gaj. Widzę, jak rozbestwiony makak zrywa spinkę z włosów dziewczyny, która dopuściła do zbytniej komitywy…

Ubud to jednak przede wszystkim sztuka. W Muzeum Puri Lukisan zgromadzono dzieła sztuki balijskiej z ostatnich dwóch wieków. O ile forma wyrazu artystów jest zróżnicowana, to nie można powiedzieć tego o głównych motywach dzieł: większość przedstawia powykrzywiane twarze demonów. W Muzeum Renesansu Blanco tematyka dzieł artysty jest inna – tu dominuje erotyzm. Warto też odwiedzić Muzeum Sztuki Neka, gdzie można prześledzić rozwój malarstwa balijskiego.

Ubud zostawiłam sobie na deser. To podsumowanie podróży po rajskiej wyspie.

Żółw-pieszczoch i lasy namorzynowe

A początek? Opuszczamy prom z Jawy na Bali i szukamy transportu wzdłuż północnego wyspy. Jest nas kilkanaście osób – sami Europejczycy. Wszyscy oprócz mnie jadą do Loviny – popularnego kurortu. Ja chcę wysiąść z bemo (tak nazywają się tutaj mikrobusy służące za publiczny transport) w połowie drogi, w miejscowości Pemuteran. Pierwszy zgrzyt: negocjacje cenowe. Dla miejscowych cena do Loviny to 20 tys. rupii, od nas chcą po 30 tys. Nie ma też znaczenia, że wysiadam dużo wcześniej. – I tak zajmujesz miejsce w bemo – tłumaczy kierowca łamaną angielszczyzną. W końcu staje na 25 tys., a pokrętne wyjaśnienie kierowcy okazuje się niezgodne ze stanem faktycznym. Do bemo wschodzi tyle osób, ile chce wejść. Kto powiedział, że pasażerowie nie mogą wisieć w drzwiach?

Do bemo wschodzi tyle osób, ile chce wejść

Pemuteran to przyjemny, położony na uboczu, luksusowy kurort zdominowany przez turystów niemieckich. Morze jest tak ciepłe, ze wchodzi się do wody bez otrząsania i rozgrzewania, a zarazem jest wystarczająco chłodne, że można w nim pływać z przyjemnością. Nie jest jednak szmaragdowe, jak pokazują foldery reklamowe biur turystycznych. Rano ma konsystencję i kolor krupniku, w południe przypomina rozcieńczoną zupę szczawiową, dopiero po południu robi się błękitne, za to wieczorem staje się czarne. Wybrzeże usiane jest drogimi hotelami i eleganckimi knajpkami, w żaden sposób nie przypomina jednak turystycznego molochu. Nieogrodzone hotele są niewysokie, drewniane i wyplatane, turystów jest niewielu, a leżaki dostępne są nie tylko dla gości hotelowych. Na każdym kroku są centra nurkowe, organizujące wycieczki na oddalone rafy koralowe. Rafa jest też niedaleko brzegu. Jest ona jednak mocno zniszczona. Wprawdzie australijska organizacja ekologiczna Reef Seen Aquatics próbuje odbudować rafę, ale z mizernym skutkiem. Trudno się zresztą temu dziwić – przewodnik, z którego usług korzystam za pośrednictwem tej organizacji, depcze po rafie.

Gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem

Reef Seen Aquatics zajmuje się nie tylko ochroną rafy, ale także żółwi morskich. Gatunek ten jest zagrożony nie tylko działaniami człowieka, ale i zwierząt. Żółwie żyją na głębokości kilkunastu metrów i wychodzą na brzeg tylko po to, żeby złożyć jaja. Mięso żółwie uchodzi wśród Balijczyków za przysmak, a amatorami jaj są nie tylko ludzie, ale też ptaki i wałęsające się po Bali hordami psy. Skutek jest taki, że tylko z 1 jaja na 100 wykluwa się mały żółw. Ekologowie wykupują jaja od miejscowych (co zapewne zachęca tych ostatnich do wybierania jaj), a gdy żółwiki się wylegną i podrosną, są wypuszczane do morza. Podczas mojej wizyty w basenie pływa stadko malutkich żółwi i jeden dorodny osobnik, który po wypuszczeniu do wody każdorazowo wraca do niewoli. Ten dorodny gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem.

Pemuteran leży na skraju słynące z bogatej fauny parku narodowego „Bali Barat”. Do parku można wchodzić tylko pod opieką licencjonowanego przewodnika, ponoć ze względu na obecność dzikich i groźnych zwierząt. Po długich negocjacjach z Yuyu – przewodnikiem udaje mi się ustalić sumę 50$ za trzygodzinną wycieczkę po lesie. Wyruszamy o świcie. Las namorzynowy tonie w śmieciach, które pozostały po ceremonii religijnej z poprzedniego dnia, w lesie monsunowym zaś najciekawszymi okazami fauny okazują się makaki. Tyle, że żeby na Bali obejrzeć te złośliwe małpki, nie trzeba płacić 50$ – są one wszędzie, gdzie tylko można zdobyć cokolwiek do jedzenia. Największą atrakcją jest sam las: ciemnozielony, gęsty, z lianami, chaszczami, jarami i przejściami nad rzekami po przewróconych drzewach. Pytam o niebezpieczne zwierzęta. – Dziesięć lat temu widziałem pytona – śmieje się Yuyu.

Kraina tysiąca świątyń

Na wschodnie wybrzeże jadę przez środek wyspy. Mijam najwyższą górę Bali – wulkan Gunung Agung (3142 m. n.p.m.), jednak nie jest mi dane podziwiać widoki, bo z nieba leją się strugi wody. Nawet pora sucha nie gwarantuje słonecznej pogody.

Nieciekawa aura nie stoi na przeszkodzie podziwianiu świątyń. A jest tu co podziwiać. Balijczycy są ludźmi niezwykle religijnymi. Wyznają hinduizm, a właściwie jego lokalną odmianę, z domieszką animizmu i wiary w demony. W każdej wsi są trzy świątynie: jedna poświęcona Brahmie – stwórcy, druga Wisznu – bogu podtrzymującemu życie i trzecia Sziwie – bogu zniszczenia i śmierci. Jest też mnóstwo świątyń rodzinnych i niedużych kapliczek.

Życie religijne Balijczyków nie jest ograniczone do modlitw w świątyniach. Dzień zaczyna się od złożenia ofiary, ryż, owoce i kwiaty w koszyczkach z bananowych liści znajdują się pod każdymi drzwiami, na ulicach, przed sklepami, w taksówkach. W ten sposób uspokaja się złe duchy, a dobrym zatrzymuje przy sobie. Święta są częściej niż co drugi dzień – jest ich rocznie około 200.

Świątynie mają różną rangę. Odwiedzam kilka „ważniejszych”. Pura Pulaki wznosi się nad samym morzem, w stronę którego wychylają się rzeźbione smoki. Na dziedzińcu świątyni grasują makaki, najwyraźniej przyzwyczajone do tego, że mają tu stołówkę. W Pura Beji i Pura Maduwe Karang uwagę przyciągają bogato zdobione, pełne detali rzeźby przedstawiające sceny z życia bogów. Do położonej na wzgórzu świątyni Pura Kehen wchodzi się po schodach, a następnie przez rzeźbioną bramę. Na pierwszym dziedzińcu wpleciony w splątane gałęzie gigantycznego drzewa banyan jest bęben alarmowy. Na wewnętrznym dziedzińcu znajduje się kaplica poświęcona trzem bogom: Brahmie, Wisznu i Sziwie.

Balijczycy do perfekcji opanowali zarabianie na turystach i i do świątyń wpuszczaja dopiero po uiszczeniu „dobrowolnej” ofiary. Jedynym wyjątkiem jest świątynia buddyjska – tu ofiara jest dobrowolna. Oprócz zapłacenia ofiary trzeba wypożyczyć bądź kupić sarong – bez niego wejść na teren świątyni nie można. Mam swój sarong, więc muszę płacić za sasz – pas podtrzymujący sarong. Jeśli nie za sasz, to za oprowadzenie po świątyni, ograniczające się w zasadzie do towarzystwa.

„Prawdziwe” Bali

- Jeśli chcesz poznać prawdziwe Bali, jedź na wschodnie wybrzeże wyspy – poradził mi kilka dni wcześniej sympatyczny Jawajczyk. Posłuchałam jego rady i tak trafiam do Padangdbai – niedużego portowego miasteczka z dwiema uroczymi plażami. Jedna z nich – Blue Lagoon Beach uchodzi za jedną z najpiękniejszych na Bali. Dobra reputacja jest zasłużona: plaża jest piaszczysta, cicha, otoczona lasem. Kilkadziesiąt metrów od brzegu jest dobrze zachowana rafa koralowa. Jedynym minusem są silne prądy, które potrafią zepchnąć na skały nieostrożnych amatorów życia podwodnego.

Gdy siedzę w knajpie i popijając świeży sok z mango czytam wydruki wskazówek z internetowego forum, gdzie ktoś radzi zobaczyć pogrzeb na Bali, dostrzegam za oknem przemykającą w pośpiechu grupę kilkudziesięciu osób, podążającą za drewnianymi noszami, na których ani chybi leży nieboszczyk. Co za zbieg okoliczności! Szybko płacę i ruszam za konduktem. Kondukt dobiegł – bo tak można nazwać jego tempo – do trawnika w centrum (jak się okazuje, jest to cmentarz). Kiedy tam docieram, nieboszczyka kładą właśnie na drewnianym rusztowaniu, które następnie zostaje podpalone, podobnie jak położone obok rzeczy osobiste zmarłego. Zwłoki płoną dwie godziny, a w tym czasie trwają przygotowania do dalszej ceremonii. Na cmentarz trafiają kolejne kosze z ofiarami dla bogów i duchów, misternie ułożone kwiaty i pokarm. Posiłek jest też dla ludzi – którzy tradycyjnie ubrani w sarongi – siedzą wokół ognia i rozmawiają, podczas gdy pracownicy firmy pogrzebowej czy tez inni organizatorzy ceremonii długimi pogrzebaczami mieszają w krematorium. Po wszystkim polewają wodą popiół i przekładają go do naczynia, które w otoczeniu świeżych pędów roślin, białych płócien i darów ofiarnych kładzione jest w miejscu spalenia, po czym zaczynają się modły. Prochy trafią później do morza.

Wśród ryżowych tarasów

Tirta Gangga to malownicza wieś położona wśród niewysokich wzgórz. Na miejscu kupuję mapkę – narysowaną odręcznie i skopiowaną, ale bez zaznaczonej skali. I ruszam. Najpierw do pałacu na wodzie, tonącego w morzu kolorów: różnych odcieni żółci, pomarańczy, czerwieni, amarantu. Orchidee, magnolie, hibiskusy – tysiące kwiatów otacza stawy, mostki i pawilony.

Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy

Następnie wędruję po wsiach. Wieś ciągnie się za wsią, w pomiędzy wsiami są tarasy ryżowe. Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy: na jednych polach dopiero wychodzi z ziemi, inne pokrywa soczystą zielenią, na kolejnych jest suchy i żółty i przypomina trochę nasze proso. W każdej wsi każdy człowiek poczuwa się do obowiązku zagadania do „Hallo! Where are you going”, a każdy pies do obszczekania mnie. Do tego dochodzą hordy dzieci, które pokazują mnie palcami i próbują dotknąć. Czuję się nie jak turystka, ale jak obiekt turystyczny.

We wsi Budakeling słyszę dobiegające z dwóch stron dziwne zawodzenie przez mikrofon. Idę tam, skąd dochodzi głos i trafiam do świątyni, na dziedzińcu której kręci się tłum ludzi. Proszą mnie do środka i wyjaśniają, co się dzieje. Trwają przygotowania do Galugun – święta, gdy bogowie mają zstępować do świątyń, a które będzie jutro obchodzone. Na dziedzińcu świątyni ma miejsce nie tylko próba mikrofonu, ale też przygotowanie jedzenia na ceremonię – na dziedzińcu świątyni znajduje się mięso na różnych etapach przetwórstwa – skończywszy na krojonych kawałkach, a poczynając na żywej, związanej, leżącej smętnie z wyrazem zrezygnowania na ryjku świni. Przygotowania do Galugun trwają też w dwóch w pozostałych świątyniach. Mieszkańcy znoszą pożywienie i ustawiają bambusowe tyczki przystrojone liśćmi i owocami, trwa próba gamelanu. Mężczyzna odpowiedzialny za organizację uroczystości zaprasza mnie do uczestnictwa. Żałuję, że nie mogę zostać tu dzień dłużej…

Informacje praktyczne

Lata turystycznej świetności Bali podobno ma już za sobą. Po zamachu terrorystycznym w 2002 r. turyści zniechęcili się do wyspy. Po kilku latach ruch turystyczny zaczyna się ożywiać, ale podaż ofert turystycznych ciągle przekracza popyt.

Do wjazdu do Indonezji niezbędna jest wiza. Można ją uzyskać z ambasadzie w Warszawie, 30-dniową wizę upon arrival można otrzymać na lotnisku.

Do Indonezji doleciałam liniami KLM. Bilet do Dżakarty kosztował 2500 zł.

Noclegi na Bali są niedrogie. Pokój ze śniadaniem, ale bez ciepłej wody, można dostać już za 7$, pokój z ciepłą wodą za 12$. Ceny jedzenia zależą od miejscowości, obiad można zjeść za 2-10$.

Niskie ceny noclegów i wyżywienia miejscowi rekompensują sobie wysokimi opłatami za dodatkowe atrakcje, przykładowo: za 3-godzinną wycieczkę snorklingową w morze trzeba zapłacić od 20 do 50$, godzina z przewodnikiem na rafie koralowej to koszt 5$, wypożyczenie maski, fajki i płetw 6$, 8-godzinna wycieczka do parku narodowego – 80$. Ceny w dużej mierze zależą od zdolności negocjacyjnych.

Jeżeli chodzi o transport, to do wyboru mamy autobusy (na długich trasach), bemo – mikrobusy pokonujące krótkie odcinki (ok. 20 km), odjeżdżające wtedy, gdy są pełne, shuttle busy – zorganizowany, nietani i niekoniecznie ekspresowy, ale i tak najszybszy sposób przemieszczania się, polegający na tym, że turyści z różnych miejscowości kupują bilety do miejsca docelowego i są tam przewożeni. Ponieważ turystów jest stosunkowo niewielu, nie opłaca się organizować busa z miejscowości A do miejscowości B. W związku z tym każdą w miarę turystyczną miejscowość opuszcza gruchot wypchany pasażerami jadącymi dokądkolwiek, a następnie w punktach przeładunkowych turyści są upychali w kolejnych mikrobusach. Takich punktów przeładunkowych czasem jest w ciągu dnia parę. Wieczorem dojeżdża się do celu.

Można też wynająć samochód – najlepiej z kierowcą -za ok. 50$ dziennie. Samodzielni turyści mogą wypożyczyć motor lub skuter, ale trzeba mieć na uwadze ruch lewostronny i dość intensywny w porównaniu z Europą. W Indonezji funkcjonuje też coś pomiędzy motorowym autostopem a taksówką, co nazywa się ojok – jest to zwerbowany na poczekaniu kierowca motoru, który za niewysoką opłatą podwozi w pożądane miejsce.

Na Bali warto skorzystać z masaży, które dostępne są wszędzie. Oferują je hotele, ośrodki spa, salony i saloniki na ulicach, masażyści oferują usługi na plażach. Nie wszyscy masażyści są wykwalifikowani, warto popytać się miejscowych przed skorzystaniem z masażu. Ceny profesjonalnych masaży zaczynają się od 8$.

 

 




bali wyspa bogow

3 09 2010

Bali: wyspa bóstw, demonów i małp

Ciepłe morze, rafy koralowe, wulkany i tarasy ryżowe, do tego fascynujące obyczaje i ceremonie religijne. Zielona wyspa jest synonimem tropikalnego raju.

Nocną ciszę przerywa dobiegający z oddali dostojny i monotonny dźwięk gamelanu. Pod podłogą pokoju hotelowego coś piszczy – pewnie mysz, a może szczur? Na zewnątrz szczekają gekony. Za drzwiami słyszę delikatny szelest. Wyglądam przez okno i widzę cień odchodzącej gospodyni, która pod drzwiami mojego pokoju zostawiła ofiarę dla duchów: kilka ziarenek ryżu i kwiatki położone na liściu bananowca. Przed zaśnięciem zdążę jeszcze pomyśleć, że myszy spod podłogi będą miały kolację… Jestem w Ubud, kulturalnej stolicy Bali.

Ubud to miasto galerii, tysięcy sklepów, tańca, muzyki, religii, pięknego rękodzieła i wielkiego kiczu. Położone wśród tarasów ryżowych, otoczone brudnymi przedmieściami z setkami sklepów i hurtowni z wyrobami drewnianymi, garncarskimi i tkaninami, położone na skrzyżowaniu ruchliwych, zatłoczonych i głośnych dróg, pozwala odkryć swój urok dopiero po bliższym poznaniu.

Do Ubud docieram późnym wieczorem po dziesięciogodzinnej podróży i po pokonaniu 120 km. Opuszczam zdezelowanego busika i skręcam w pierwszą nastrojową uliczkę z nadzieją znalezienia noclegu. Intuicja mnie nie myli. Chwilę później zaczepia mnie długowłosy chłopak, za którym wchodzę po schodkach do ozdobnej bramy, za którą przez nieoświetlone podwórko pełne rzeźb, murków zagradzających drogę i koszyczków z ofiarami dla bogów dochodzę do wyplatanego bungalowu z tarasem. To jest mój pokój przez najbliższe dni – podobny do wszystkich hotelowych pokoi na Bali.

W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i domagają się bananów

Obudzona bladym świtem przez koguty – drób często hodowany jest tutaj na miejskich podwórkach – wychodzę na ulicę i dostaję się od razu w centrum handlowego życia. – Wejdź chociaż na chwilę, tylko obejrzyj – zachęcają sprzedawcy. – Masaż, tanio – kuszą salony odnowy biologicznej. – Taxi, transport, motor? – zagadują panowie siedzący przy samochodach. Zakupy i masaż zostawiam na później. Korzystając z przyjemnego chłodu poranka zwiedzam miasto.

Małpi gaj (Monkey Forest) to najpopularniejszy cel turystów, szczególnie tych z małymi dziećmi. W gęstwinie hasają makaki, przeskakują z drzewa na drzewo i skutecznie domagają się bananów. Niektóre osobniki są tak bezczelne, że wyrywają jedzenie z rąk spacerowiczów i tak cwane, że trzymając w lewej ręce jednego banana, prawą wyciągają po następnego. Tablice zalecające ostrożność w kontaktach z małpami nie są ulubioną lekturą osób odwiedzających gaj. Widzę, jak rozbestwiony makak zrywa spinkę z włosów dziewczyny, która dopuściła do zbytniej komitywy…

Ubud to jednak przede wszystkim sztuka. W Muzeum Puri Lukisan zgromadzono dzieła sztuki balijskiej z ostatnich dwóch wieków. O ile forma wyrazu artystów jest zróżnicowana, to nie można powiedzieć tego o głównych motywach dzieł: większość przedstawia powykrzywiane twarze demonów. W Muzeum Renesansu Blanco tematyka dzieł artysty jest inna – tu dominuje erotyzm. Warto też odwiedzić Muzeum Sztuki Neka, gdzie można prześledzić rozwój malarstwa balijskiego.

Ubud zostawiłam sobie na deser. To podsumowanie podróży po rajskiej wyspie.

Żółw-pieszczoch i lasy namorzynowe

A początek? Opuszczamy prom z Jawy na Bali i szukamy transportu wzdłuż północnego wyspy. Jest nas kilkanaście osób – sami Europejczycy. Wszyscy oprócz mnie jadą do Loviny – popularnego kurortu. Ja chcę wysiąść z bemo (tak nazywają się tutaj mikrobusy służące za publiczny transport) w połowie drogi, w miejscowości Pemuteran. Pierwszy zgrzyt: negocjacje cenowe. Dla miejscowych cena do Loviny to 20 tys. rupii, od nas chcą po 30 tys. Nie ma też znaczenia, że wysiadam dużo wcześniej. – I tak zajmujesz miejsce w bemo – tłumaczy kierowca łamaną angielszczyzną. W końcu staje na 25 tys., a pokrętne wyjaśnienie kierowcy okazuje się niezgodne ze stanem faktycznym. Do bemo wschodzi tyle osób, ile chce wejść. Kto powiedział, że pasażerowie nie mogą wisieć w drzwiach?

Do bemo wschodzi tyle osób, ile chce wejść

Pemuteran to przyjemny, położony na uboczu, luksusowy kurort zdominowany przez turystów niemieckich. Morze jest tak ciepłe, ze wchodzi się do wody bez otrząsania i rozgrzewania, a zarazem jest wystarczająco chłodne, że można w nim pływać z przyjemnością. Nie jest jednak szmaragdowe, jak pokazują foldery reklamowe biur turystycznych. Rano ma konsystencję i kolor krupniku, w południe przypomina rozcieńczoną zupę szczawiową, dopiero po południu robi się błękitne, za to wieczorem staje się czarne. Wybrzeże usiane jest drogimi hotelami i eleganckimi knajpkami, w żaden sposób nie przypomina jednak turystycznego molochu. Nieogrodzone hotele są niewysokie, drewniane i wyplatane, turystów jest niewielu, a leżaki dostępne są nie tylko dla gości hotelowych. Na każdym kroku są centra nurkowe, organizujące wycieczki na oddalone rafy koralowe. Rafa jest też niedaleko brzegu. Jest ona jednak mocno zniszczona. Wprawdzie australijska organizacja ekologiczna Reef Seen Aquatics próbuje odbudować rafę, ale z mizernym skutkiem. Trudno się zresztą temu dziwić – przewodnik, z którego usług korzystam za pośrednictwem tej organizacji, depcze po rafie.

Gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem

Reef Seen Aquatics zajmuje się nie tylko ochroną rafy, ale także żółwi morskich. Gatunek ten jest zagrożony nie tylko działaniami człowieka, ale i zwierząt. Żółwie żyją na głębokości kilkunastu metrów i wychodzą na brzeg tylko po to, żeby złożyć jaja. Mięso żółwie uchodzi wśród Balijczyków za przysmak, a amatorami jaj są nie tylko ludzie, ale też ptaki i wałęsające się po Bali hordami psy. Skutek jest taki, że tylko z 1 jaja na 100 wykluwa się mały żółw. Ekologowie wykupują jaja od miejscowych (co zapewne zachęca tych ostatnich do wybierania jaj), a gdy żółwiki się wylegną i podrosną, są wypuszczane do morza. Podczas mojej wizyty w basenie pływa stadko malutkich żółwi i jeden dorodny osobnik, który po wypuszczeniu do wody każdorazowo wraca do niewoli. Ten dorodny gad co chwila podstawia się do drapania po skorupie, wystawiając z wody łeb i łypiąc wyłupiastym okiem.

Pemuteran leży na skraju słynące z bogatej fauny parku narodowego „Bali Barat”. Do parku można wchodzić tylko pod opieką licencjonowanego przewodnika, ponoć ze względu na obecność dzikich i groźnych zwierząt. Po długich negocjacjach z Yuyu – przewodnikiem udaje mi się ustalić sumę 50$ za trzygodzinną wycieczkę po lesie. Wyruszamy o świcie. Las namorzynowy tonie w śmieciach, które pozostały po ceremonii religijnej z poprzedniego dnia, w lesie monsunowym zaś najciekawszymi okazami fauny okazują się makaki. Tyle, że żeby na Bali obejrzeć te złośliwe małpki, nie trzeba płacić 50$ – są one wszędzie, gdzie tylko można zdobyć cokolwiek do jedzenia. Największą atrakcją jest sam las: ciemnozielony, gęsty, z lianami, chaszczami, jarami i przejściami nad rzekami po przewróconych drzewach. Pytam o niebezpieczne zwierzęta. – Dziesięć lat temu widziałem pytona – śmieje się Yuyu.

Kraina tysiąca świątyń

Na wschodnie wybrzeże jadę przez środek wyspy. Mijam najwyższą górę Bali – wulkan Gunung Agung (3142 m. n.p.m.), jednak nie jest mi dane podziwiać widoki, bo z nieba leją się strugi wody. Nawet pora sucha nie gwarantuje słonecznej pogody.

Nieciekawa aura nie stoi na przeszkodzie podziwianiu świątyń. A jest tu co podziwiać. Balijczycy są ludźmi niezwykle religijnymi. Wyznają hinduizm, a właściwie jego lokalną odmianę, z domieszką animizmu i wiary w demony. W każdej wsi są trzy świątynie: jedna poświęcona Brahmie – stwórcy, druga Wisznu – bogu podtrzymującemu życie i trzecia Sziwie – bogu zniszczenia i śmierci. Jest też mnóstwo świątyń rodzinnych i niedużych kapliczek.

Życie religijne Balijczyków nie jest ograniczone do modlitw w świątyniach. Dzień zaczyna się od złożenia ofiary, ryż, owoce i kwiaty w koszyczkach z bananowych liści znajdują się pod każdymi drzwiami, na ulicach, przed sklepami, w taksówkach. W ten sposób uspokaja się złe duchy, a dobrym zatrzymuje przy sobie. Święta są częściej niż co drugi dzień – jest ich rocznie około 200.

Świątynie mają różną rangę. Odwiedzam kilka „ważniejszych”. Pura Pulaki wznosi się nad samym morzem, w stronę którego wychylają się rzeźbione smoki. Na dziedzińcu świątyni grasują makaki, najwyraźniej przyzwyczajone do tego, że mają tu stołówkę. W Pura Beji i Pura Maduwe Karang uwagę przyciągają bogato zdobione, pełne detali rzeźby przedstawiające sceny z życia bogów. Do położonej na wzgórzu świątyni Pura Kehen wchodzi się po schodach, a następnie przez rzeźbioną bramę. Na pierwszym dziedzińcu wpleciony w splątane gałęzie gigantycznego drzewa banyan jest bęben alarmowy. Na wewnętrznym dziedzińcu znajduje się kaplica poświęcona trzem bogom: Brahmie, Wisznu i Sziwie.

Balijczycy do perfekcji opanowali zarabianie na turystach i i do świątyń wpuszczaja dopiero po uiszczeniu „dobrowolnej” ofiary. Jedynym wyjątkiem jest świątynia buddyjska – tu ofiara jest dobrowolna. Oprócz zapłacenia ofiary trzeba wypożyczyć bądź kupić sarong – bez niego wejść na teren świątyni nie można. Mam swój sarong, więc muszę płacić za sasz – pas podtrzymujący sarong. Jeśli nie za sasz, to za oprowadzenie po świątyni, ograniczające się w zasadzie do towarzystwa.

„Prawdziwe” Bali

- Jeśli chcesz poznać prawdziwe Bali, jedź na wschodnie wybrzeże wyspy – poradził mi kilka dni wcześniej sympatyczny Jawajczyk. Posłuchałam jego rady i tak trafiam do Padangdbai – niedużego portowego miasteczka z dwiema uroczymi plażami. Jedna z nich – Blue Lagoon Beach uchodzi za jedną z najpiękniejszych na Bali. Dobra reputacja jest zasłużona: plaża jest piaszczysta, cicha, otoczona lasem. Kilkadziesiąt metrów od brzegu jest dobrze zachowana rafa koralowa. Jedynym minusem są silne prądy, które potrafią zepchnąć na skały nieostrożnych amatorów życia podwodnego.

Gdy siedzę w knajpie i popijając świeży sok z mango czytam wydruki wskazówek z internetowego forum, gdzie ktoś radzi zobaczyć pogrzeb na Bali, dostrzegam za oknem przemykającą w pośpiechu grupę kilkudziesięciu osób, podążającą za drewnianymi noszami, na których ani chybi leży nieboszczyk. Co za zbieg okoliczności! Szybko płacę i ruszam za konduktem. Kondukt dobiegł – bo tak można nazwać jego tempo – do trawnika w centrum (jak się okazuje, jest to cmentarz). Kiedy tam docieram, nieboszczyka kładą właśnie na drewnianym rusztowaniu, które następnie zostaje podpalone, podobnie jak położone obok rzeczy osobiste zmarłego. Zwłoki płoną dwie godziny, a w tym czasie trwają przygotowania do dalszej ceremonii. Na cmentarz trafiają kolejne kosze z ofiarami dla bogów i duchów, misternie ułożone kwiaty i pokarm. Posiłek jest też dla ludzi – którzy tradycyjnie ubrani w sarongi – siedzą wokół ognia i rozmawiają, podczas gdy pracownicy firmy pogrzebowej czy tez inni organizatorzy ceremonii długimi pogrzebaczami mieszają w krematorium. Po wszystkim polewają wodą popiół i przekładają go do naczynia, które w otoczeniu świeżych pędów roślin, białych płócien i darów ofiarnych kładzione jest w miejscu spalenia, po czym zaczynają się modły. Prochy trafią później do morza.

Wśród ryżowych tarasów

Tirta Gangga to malownicza wieś położona wśród niewysokich wzgórz. Na miejscu kupuję mapkę – narysowaną odręcznie i skopiowaną, ale bez zaznaczonej skali. I ruszam. Najpierw do pałacu na wodzie, tonącego w morzu kolorów: różnych odcieni żółci, pomarańczy, czerwieni, amarantu. Orchidee, magnolie, hibiskusy – tysiące kwiatów otacza stawy, mostki i pawilony.

Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy

Następnie wędruję po wsiach. Wieś ciągnie się za wsią, w pomiędzy wsiami są tarasy ryżowe. Wegetacja trwa tu cały rok, ryż jest więc w różnych stadiach uprawy: na jednych polach dopiero wychodzi z ziemi, inne pokrywa soczystą zielenią, na kolejnych jest suchy i żółty i przypomina trochę nasze proso. W każdej wsi każdy człowiek poczuwa się do obowiązku zagadania do „Hallo! Where are you going”, a każdy pies do obszczekania mnie. Do tego dochodzą hordy dzieci, które pokazują mnie palcami i próbują dotknąć. Czuję się nie jak turystka, ale jak obiekt turystyczny.

We wsi Budakeling słyszę dobiegające z dwóch stron dziwne zawodzenie przez mikrofon. Idę tam, skąd dochodzi głos i trafiam do świątyni, na dziedzińcu której kręci się tłum ludzi. Proszą mnie do środka i wyjaśniają, co się dzieje. Trwają przygotowania do Galugun – święta, gdy bogowie mają zstępować do świątyń, a które będzie jutro obchodzone. Na dziedzińcu świątyni ma miejsce nie tylko próba mikrofonu, ale też przygotowanie jedzenia na ceremonię – na dziedzińcu świątyni znajduje się mięso na różnych etapach przetwórstwa – skończywszy na krojonych kawałkach, a poczynając na żywej, związanej, leżącej smętnie z wyrazem zrezygnowania na ryjku świni. Przygotowania do Galugun trwają też w dwóch w pozostałych świątyniach. Mieszkańcy znoszą pożywienie i ustawiają bambusowe tyczki przystrojone liśćmi i owocami, trwa próba gamelanu. Mężczyzna odpowiedzialny za organizację uroczystości zaprasza mnie do uczestnictwa. Żałuję, że nie mogę zostać tu dzień dłużej…

Informacje praktyczne

Lata turystycznej świetności Bali podobno ma już za sobą. Po zamachu terrorystycznym w 2002 r. turyści zniechęcili się do wyspy. Po kilku latach ruch turystyczny zaczyna się ożywiać, ale podaż ofert turystycznych ciągle przekracza popyt.

Do wjazdu do Indonezji niezbędna jest wiza. Można ją uzyskać z ambasadzie w Warszawie, 30-dniową wizę upon arrival można otrzymać na lotnisku.

Do Indonezji doleciałam liniami KLM. Bilet do Dżakarty kosztował 2500 zł.

Noclegi na Bali są niedrogie. Pokój ze śniadaniem, ale bez ciepłej wody, można dostać już za 7$, pokój z ciepłą wodą za 12$. Ceny jedzenia zależą od miejscowości, obiad można zjeść za 2-10$.

Niskie ceny noclegów i wyżywienia miejscowi rekompensują sobie wysokimi opłatami za dodatkowe atrakcje, przykładowo: za 3-godzinną wycieczkę snorklingową w morze trzeba zapłacić od 20 do 50$, godzina z przewodnikiem na rafie koralowej to koszt 5$, wypożyczenie maski, fajki i płetw 6$, 8-godzinna wycieczka do parku narodowego – 80$. Ceny w dużej mierze zależą od zdolności negocjacyjnych.

Jeżeli chodzi o transport, to do wyboru mamy autobusy (na długich trasach), bemo – mikrobusy pokonujące krótkie odcinki (ok. 20 km), odjeżdżające wtedy, gdy są pełne, shuttle busy – zorganizowany, nietani i niekoniecznie ekspresowy, ale i tak najszybszy sposób przemieszczania się, polegający na tym, że turyści z różnych miejscowości kupują bilety do miejsca docelowego i są tam przewożeni. Ponieważ turystów jest stosunkowo niewielu, nie opłaca się organizować busa z miejscowości A do miejscowości B. W związku z tym każdą w miarę turystyczną miejscowość opuszcza gruchot wypchany pasażerami jadącymi dokądkolwiek, a następnie w punktach przeładunkowych turyści są upychali w kolejnych mikrobusach. Takich punktów przeładunkowych czasem jest w ciągu dnia parę. Wieczorem dojeżdża się do celu.

Można też wynająć samochód – najlepiej z kierowcą -za ok. 50$ dziennie. Samodzielni turyści mogą wypożyczyć motor lub skuter, ale trzeba mieć na uwadze ruch lewostronny i dość intensywny w porównaniu z Europą. W Indonezji funkcjonuje też coś pomiędzy motorowym autostopem a taksówką, co nazywa się ojok – jest to zwerbowany na poczekaniu kierowca motoru, który za niewysoką opłatą podwozi w pożądane miejsce.

Na Bali warto skorzystać z masaży, które dostępne są wszędzie. Oferują je hotele, ośrodki spa, salony i saloniki na ulicach, masażyści oferują usługi na plażach. Nie wszyscy masażyści są wykwalifikowani, warto popytać się miejscowych przed skorzystaniem z masażu. Ceny profesjonalnych masaży zaczynają się od 8$.

 

 




Warto wiedzieć – linki sponsorowane

2 09 2010

Jednym z najkorzystniejszych rozwiązań w marketingu internetowym jest reklama kontekstowa umieszczona w wyszukiwarkach lub na stronach o podobnej tematyce. Jeśli link sponsorowany w wyszukiwarce nie przyniesie wystarczających efektów, powinniśmy spróbować reklamę kontekstową na dużych serwisach. Kampanie reklamowe w Internecie to przyszłość marketingu, dlatego wiele zależy od odpowiedniej internetowej reklamy danej firmy.

W dwudziestym pierwszym wieku ogromna rolę w życiu codziennym odgrywa reklama, ponieważ dzięki niej dokonujemy wielu podświadomych wyborów. W Polsce w dwudziestym pierwszym wieku nastąpił prawdziwy rozkwit Internetu, dlatego wiele firm wykorzystuje go jako narzędzie reklamy. Skuteczny marketing internetowy to rozwiązanie, które zapewnia większy ruch na stronie a z tym większą sprzedaż. Poprzez linki sponsorowane można zachęcić ludzi, żeby weszli na naszą stronę.

Ciągły rozwój Internetu dobrze rokuje reklamie w sieci. Zwiększająca się ilość internautów gwarantuje systematyczny rozwój marketingu internetowego. Najbardziej efektywne są boksy sponsorowane. Każda strona, która jest w top10 wyników wyszukiwania na daną frazę ma duże prawdopodobieństwo bycia zauważoną przez danego internautę. Każda promocja w Internecie może przyczynić się do zwiększenia przychodów firmy oraz zyskania na marce.




Ciekawostki – {keywords}

2 09 2010

Sporo cudzoziemskich koncernów interesuje się pojęciem: usability testing in poland. Ma na to wpływ fakt, iż polskie filie zaprzątające się architektura informacji posiadają nader konkurencyjne wartości realizowanych pomysłów oraz są dostojnymi przedsiębiorcami na ogólnoświatowym szczycie. A z uwagi na to, że aby odnieść triumf w internecie pośród permanentnie wstającej konkurencji, badania użyteczności są jednym z elementów procedury bez jakich nie można rozmyślać o sukcesie. Wkrótce przedłożymy agencje którymi warto się zainteresować.

Natomiast w celu poważnego uproszczenia danemu użytkownikowi zasięgu do adnotacji proponowanych przez Twój serwis i kolejno wykorzystania ich warto związać swój serwis z firmą zajmującą się architektura informacji. Filia taka stworzy specjalnie dostosowaną do wymogów użytkowników strukturę informacji w rodzaj który umożliwi nader proste i sprawne dojście do esencji pociągającej nabywcę. Planuje się to dość złożone. Ale ażeby pozostać profesjonalistą należy także w zawodowy rodzaj stworzyć swój serwis. W następnej porcji przedstawimy użyteczność formularzy oraz ich funkcję w sprawie pozyskiwania nabywców.

Jeżeli masz zamiar wkroczyć na rynek świeży wyrób jednakże nie umiesz jeszcze czy ma on szansę na pokaźne zainteresowanie klientów to powinieneś przeprowadzić badania usability. Badania te przeprowadzić powinni profesjonaliści z gałęzi ażeby skrupulatnie przeprowadzić analizę Twojego wytworu pod kątem: perspektywy sprzedaży, popytu i konkurencyjności analogicznych artykułów na rynku. Także badania użyteczności posiadają wpływowy wpływ na kreowanie zarówno Twojej marki, jak i wzrostu w celu osiągnięcia bezwzględnego triumfu.

W połówce lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku większość stronic www była zbudowana w kodzie html. W dostrzegalny rodzaj warunkowało to możliwości edytorskie stronicy, jak i kreowania wizerunku pod odbiorców. Obecnie w dobie permanentnie i szybko rozkręcających się technologii bez większych kłopotów można stworzyć wygodną witrynę dla przyciągających nas użytkowników. Żeby zyskać wiedzę nieodzowną do stworzenia wygodnej gablotki internetowej nie odbiegającej od kanonów przejdź usability szkolenia. Zdobędziesz na nich pomyślne adnotacje także o webusability.




{Keyword}, wpływ na ogólny stan zdrowia

1 09 2010

Czy zauważyłeś, że w miejscu gdzie występuje ból np. na skutek urazu – upadek, potknięcie czy uderzenie momentalnie uciskasz obolałe miejsce dłonią i dociskasz póki ból nie ustanie? To naturalny odruch i naturalny sposób na leczenie bólu. Podobnie zachowują się zwierzęta rozumne. Kultura dalekiego wschodu już tysiące lat zauważyła ten stan rzeczy i tak powstała akupresura – do dziś niewyjaśniona naukowo, a przynosząca ukojenie.

Należy pamiętać, iż na relacje damsko męskie w dużej mierze wpływają bóle menstruacyjne kobiety. Co prawda sytuacja ta ma miejsce ledwie kilka dni każdego miesiąca, lecz trzeba przyznać, że ma znaczny wpływ na każdy związek. Ból menstruacyjny kobiety nijako powoduje u płci pięknej konieczność agresji wystosowanej do najbliższej osoby, są na to dowody potwierdzone teoretycznie jak i praktycznymi przykładami. Kobiety, nijako naturalnie usprawiedliwiają swoje agresywne bodźce i zachowania bólami menstruacyjnymi.

Źle dobrane obuwie do faktycznej wagi biegacza może doprowadzić do poważnych kontuzji. Mowa oczywiście o biegach długodystansowych (powyżej 10km). Bieganie po twardej nawierzchni w złym obuwiu prędko doprowadzi do urazów – najczęściej będzie to ból kolana i stawów. Zaradzić temu można zmieniając miejsce joggingu, technikę biegu – na śródstopie, lecz najbardziej dogodnym sposobem będzie zmiana obuwia i miejsca uprawiania sportu. Warto podkreślić, że Ci bardziej doświadczeni biegacze potrafią odpowiednią techniką biegu przebyć wiele kilometrów na boso bez żadnych urazów.

W szeroko pojętej opinii publicznej ogólnie przyjęto, iż bóle krzyża dotyczą przede wszystkim osoby starsze w podeszłym wieku. Otóż chciałbym na łamach akapitu udowodnić, iż ta “opinia publiczna” stanowczo tkwi w błędzie. Uargumentuje tezę na przykładzie sportowców – biegaczy. Mianowicie niemal każdego biegacza amatora z aspiracjami na wyniki ból krzyża dotyka. Ma na to wpływ fakt, iż tego pokroju biegacze angażują do wysiłku i rozwoju fizycznego wyłącznie dolne partie ciała… Tworząc w ten sposób dysproporcje między korpusem a nogami, w skutek, czego pojawiają się bóle krzyża.